20 mar 2014

Koniec z puszeniem i elektryzowaniem się włosów





Od dłuższego czasu zapuszczam włosy. Aktualnie sięgają mi do piersi. Wyglądają ładnie. Są sprężyste, gładkie. Bez większych problemów po przeczesaniu ich rano szczotka mogę wyjść z domu. Nie muszę ich upinać i martwić się, że mam przysłowiową „szopę” na głowie.
Już nie. Wcześniej, jeszcze jakieś 6 miesięcy temu, włosy przeważnie nosiłam związane. A i to nie do końca chroniło je przed puszeniem i elektryzowaniem się. Zawsze jak mijałam jakąś dziewczynę z pięknymi, gładkimi włosami zastanawiałam się jak ona to robi.
Moich włosów przecież nie torturowałam prostownicą, sporadycznie używałam suszarki. Stosowałam mnóstwo odżywek zalecanych przez największe gwiazdy w telewizji, a efekt był marny, a wręcz mogę napisać, że go nie było.
Włosy nie wyglądały na zdrowe. W zniszczone łuski włosów wnikała wilgoć, zanieczyszczenia i cała fryzura pęczniała. W efekcie tego moja twarz okalała aureola nieporządku i chaosu. Istny misz-masz włosowy.
 Zrezygnowana zaczęłam zaopatrywać się w produkty przeznaczone do stylizacji na mokro, które nakładało się na same końcówki włosów. W krótkim czasie zakupiłam trzy różne specyfiki, które w mniejszym lub większym stopniu przypadły mi do gustu:


·        Natura Silk – jedwabna kuracja,

·        Pantene – olejek arganowy

·        BingoSpa – olejek ze słodkich migdałów

Na przedbiegach odpadł produkt Pantene. Jest najsłabszy z wyżej wymienionych. Pomimo, że teoretycznie stosowałam olejek arganowy, po nałożeniu na włosy, dalej były one przesuszone. Reklamujący go Marta Żmuda- Trzebiatowska twierdzi, że formuła nie obciąża włosów. Może i nie, ale co z tego, skoro też ich nie wygładza. W tym wypadku faktycznie pożałowałam, że skusiłam się na jego zakup.

Dużo lepsze zdanie miałam już na temat Natural Silk. Spełnił jedno z zadań. Włosy stały się gładsze. Jednak produkt okazał się nieekonomiczny.  Na opakowaniu podkreślano, że wystarczą zaledwie jedna, dwie kropelki produktu. Zdecydowanie jest to nieprawda. Na włosy półdługie stosowałam średnio 7-10 kropli. Oczywiście doprowadziło to, że już po 3 tygodniach opakowanie było zużyte.

Ostatni z wymienionych produktów – olejek ze słodkich migdałów zaczęłam stosować na włosy przez przypadek. Kupiłam go do cery, a później na jakimś blogu przeczytałam, że doskonale sprawdza się do włosów. I spróbowałam. Efekt rewelacyjny. Minimalna ilość produktu – 1 kropelka – rozprowadzona na włosy tuż po ich umyciu sprawiła cuda. Włosy stały się gładkie, błyszczące, miłe w dotyku. Co ważne nie wyglądały na przetłuszczone. Przestały mi wypadać i wzmocniły się.
Nie lubię kosmetyków, których stosowanie wymaga ode mnie dużego nakładu pracy. Dlatego te wszystkie maseczki, które nakłada się na 40 minut, potem spłukuje nie mają u mnie większej racji bytu. I w tym temacie ten olejek również zapunktował. Bo ile zajmuje wmasowanie kropelki preparatu we włosy po ich umyciu.
Dodatkowa kwestia ekonomiczna. Choć jego opakowanie jest najmniejsze z wymienionych starczyło mi najdłużej. I produkt jest w pełni naturalny. Nie zawiera silikonów, alkoholu. Ponadto dawka witamin i minerałów, jakie w sobie posiada to prawdziwa uczta dla moich zniszczonych włosów. Wymienię choćby A, B, E.
Polecam go wszystkim osobom, które torturują swoje włosy żelami i piankami, bo nie mogą z nimi dojść do ładu. Cenowo olejek ze słodkich migdałów kosztuje 22 zł w sklepie Naturica, z którego ja się zaopatruje. To standardowa półka cenowa za produkty do regeneracji włosów, ale jakość jego odbiega od reszty. Polecam.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz